Artykuły

/ /

Rząd zużytych ołówków, czyli jak zostałem architektem?

Jak tylko pamiętam rysowałem i malowałem. Zawsze sprawiało mi to wielką przyjemność, ku uciesze dziadka, przedwojennego nauczyciela, który w dojrzałym już wieku zrobił drugi fakultet, by oprócz matematyki i fizyki uczyć też plastyki.  I ku zmartwieniu ojca, solidnego poznaniaka, dla którego artysta był synonimem nieszkodliwego wariata, społecznego pasożyta, potencjalnego degenerata bez zawodu. Dlatego na wsi u dziadków mogłem rysować do woli, a w domu niekoniecznie. Wybito mi z głowy liceum plastyczne więc wylądowałem w świetnym liceum, niestety w klasie matematyczno-fizycznej. Dało mi to solidne podstawy wiedzy technicznej i zniechęciło mnie do matematyki do końca życia. Rysowanie karykatur dyrektora szkoły i nauczycieli nie zaspokajało mojego głodu sztuki i było tylko powodem niepotrzebnych problemów. Cóż, prawda bywa bolesna. Dla modela i rykoszetem dla artysty.

Z wielu możliwości studiowania wybrałem architekturę na politechnice. Rodzice odetchnęli, w końcu inżynier architekt to jakiś konkretny zawód. Przeczytałem, że w programie, oprócz rysunku i malarstwa jest też rzeźba i historia sztuki, czyli całkiem jak na politechnikę humanistycznie. Rok przed studiami intensywnie przygotowywałem się z rysunku. Pod okiem artysty wykonałem w tym czasie kilkadziesiąt dużych prac, a w domu, dodatkowo, na małych formatach jakieś dwieście szkiców. Wyrysowałem do końca, grubo ponad sto ołówków. Pozostałe po nich, krótkie kikutki naklejałem w swoim pokoju – pracowni w załamaniu szafy, jeden za drugim, najpierw pionowo, a potem poziomo, wzdłuż sufitu. Powstała w ten sposób długa na ponad 3 metry linia z ołóweczków. Później, przez lata, na pytanie moich uczniów – ile trzeba rysować, by dostać się na studia? – pokazywałem ręką na ten ciągnący się prawie w nieskończoność rząd ołówków i mówiłem – tyle. Robiło to wrażenie.

Egzamin z rysunku od niepamiętnych czasów wygląda podobnie. U mnie to były 3 tematy. Duża, architektoniczna martwa natura, kompozycja z prostych brył geometrycznych i postać, którą trzeba było wrysować z wyobraźni w kontekst ustawionego na podeście krzesła. Poszedłem na łatwiznę i narysowałem z natury osobę siedzącą obok na takim samym krześle. Żeby było jeszcze prościej, nago i z dłońmi schowanymi w długich włosach zasłaniających również twarz. Wysoka komisja wzięła moje zamaszyste gryzmoły za zdecydowane i odważne. W tamtych czasach trzeba było też zdawać egzamin z matematyki i to pisemny i ustny. Ten jednak po moim ciężkim matfizie wydał mi się śmiesznie łatwy. Poszło dobrze, choć było aż ośmiu kandydatów na jedno miejsce.

Rysunek i malarstwo miałem z wybitnym rysownikiem i grafikiem, profesorem Andrzejem Jeziorkowskim. Z początku był przerażony moim sposobem rysowania. Na moich pracach temat wyłaniał się z mnóstwa spontanicznie machniętych linii, od których było aż czarno. Strasznie to irytowało profesora, mistrza finezyjnej i delikatnej kreski, cyzelowanej powoli i z wielkim namysłem. Podszedł do mnie, by wytumaczyć mi, że nie tędy droga, że za szybko, zbyt bałaganiarsko. W swojej delikatności chciał mi to wytumaczyć na przykładzie muzyki. – Jaką muzyką się pan interesuje? – zapytał. Pomyślałem, że wyjdę na głupka, jak powiem, że żadną. Więc odpowiedziałem, że jazzem, licząc na to, że stateczny profesor na pewno nie zna się na jazzie. Długo rozmawialiśmy o dysonansach i konsonansach, o harmonii, choć żaden z nas nie miał o tej muzyce zielonego pojęcia.

Z mistrzów rysunku, których miałem przyjemność spotkać na swojej drodze wymienię też profesora Andrzeja Basistę, który przez rok rysował nam na tablicy, na żywo, całą historię architektury. Umiał za pomocą zwykłej kredy wyczarowywać gotyckie katedry w przekroju i to w takim tempie jak o nich opowiadał. A wykłady nie były chronologiczne. Profesor prowadził nas na przykład śladem światła w architekturze, analizował efekty teatralne w budowlach, w różnych kulturach i epokach. Szukaliśmy też razem z nim sacrum w  architekturze.

Studia na architekturze dawały dużo możliwości uprawiania sztuki, również poza zajęciami. Po pierwszym roku był dwutugodniowy plener rysunkowo malarski w prawdziwego zdarzenia. Jeździliśmy całym rokiem do pięknych, wielkopolskich miasteczek. Była ich całkiem długa lista: Rydzyna, Gostyń, Śmigiel, Krzywiń, Czarnków, Nowy Tomyśl, Zduny… Najpierw byłem tam jako student, potem już jako wykładowca akademicki sam organizowałem kolejne praktyki rysunkowo malarskie. Dwa tygodnie rysunkowania i malowania, od rana do wieczora, formowało nas na całe życie. Tu wykuwały się przyjaźnie, rodziły się miłości. Profesor Jeziorkowski zacierał ręce z radości. Jako miłośnik koni i znawca szlachetnych ras, cieszył się żartując, że poprawiamy krew architektów, poprzez małżeństwa studentów architektury. Przez całe pokolenie cieszył się z ich dzieci, śmiejąc się, że dopiero one będą rasowymi architektami.

Wyjątkowe były też praktyki z profesorem Lechem Zimowskim. W siermiężnych czasach Peerelu studenci tworzyli wspaniałe wizje rozwoju wielkopolskich miast i wsi, rysowane z rozmachem i bez kompleksów. Elzet, choć był postacią śmieszną i anegdotyczną, w wielu działaniach, zwłaszcza w kontekście środowiska naturalnego, wyprzedzał swoją epokę. A wcale nie był architektem. Razem z kolegą rysowaliśmy piękne miejsca, które profesor dumnie nazywał dokumentacją ikonograficzną. Zachwyceni burmistrzowie wieszali te prace w swoich gabinetach, prosząc tylko o „wykonanie wtórnika, żeby nie brakowało do dokumentacji“.

Wojciech Hildebrandt
mgr inż. architekt | absolwent Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej