Artykuły

/

Architektura w Londynie. Zobacz jak wyglądają studia i życie studenta w Londynie :)

Jak wyglądają studia i życie w Londynie?

W 2017 roku udało mi się dostać do mojej wymarzonej uczelni – London Metropolitan University. Nie bałam się, to pamiętam bardzo dobrze. Patrząc wstecz zastanawiam się, co takiego miałam w sobie, że nic nie było w stanie mnie zatrzymać. To były chyba marzenia i wiara w samego siebie! Marzyłam o podróżowaniu metrem na uczelnie. Zastanawiałam się, jak to będzie studiować w obcym języku… Jednak mój wyjazd nie wiązał się tylko ze sprostaniem problemom, jakie przyniesie mi studiowanie. W Anglii wygląda wszystko zupełnie inaczej. Na przykład, w UK bardzo łatwo znaleźć i wynająć mały domek, gdzie w Polsce wynajęcie domu nie jest takie proste, bynajmniej ja się z tym nie spotkałam. Inaczej wygląda życie… Czyli jak właściwie wygląda?

MIESZKANIE

Wylatywałam do Anglii, nie mając gdzie mieszkać, ponieważ w lipcu za późno było naszukanie akademiku (czego nikt mi wcześniej nie powiedział). Wszystkie mieszkania studenckie były już zajęte, więc musiałam zaryzykować. Z Polski nie mogłam wynająć żadnego pokoju, bo wszyscychcieli wynajmować już od następnego dnia. Zaryzykowałam i zaufałam ludziom, którzy mówili, żebardzo szybko na miejscu coś znajdę. I znalazłam! W 3 dni! Znalazłam jedną ofertę, poszłam zobaczyć pokój i wzięłam! Mieszkałam tam przez 4 miesiące z dziewczyną, którą poznałam przez Internet.Mieszkałyśmy u rodziny z Bułgarii. Na początku było dziwnie, bo w ogóle ich nie znałam. Małżeństwo, małe dziecko i 27 letni mężczyzna. Na szczęście, okazali się świetnymi ludźmi, którzy sami mieli wieleproblemów ze znalezieniem porządnego mieszkania. Nadal jesteśmy w kontakcie, odmiennie niż z moją współlokatorką. Po prostu się nie polubiłyśmy.

UCZELNIA

Na tyle za nią [współlokatorką] nie przepadałam, że codziennie jeździłam na uczelnie, mimo iż musiałam dojeżdżać jakieś 50 minut. Wolałam być na uczelni, w studio albo bibliotece, niż z nią. Dawno już wyparłam niemiłe wspomnienia z nią związane, nie były one dramatyczne, jednak nadwyrężyły lekko moją psychikę. Na tyle, że nie chcę już z nikim dzielić pokoju.

Obowiązkowo na uczelni musze być 21 godzin tygodniowo, czyli 3 dni od 10 do 17. W rzeczywistości wygląda to tak, że jestem tam, znów, codziennie. Teraz, kiedy mieszkałam wakademiku, powodem mojej codziennej obecności na uczelni był nadmiar indywidualnej pracy, jaką mieliśmy.

Mamy 3 przedmioty: Projektowanie, Technologię i Historię/Teorię Architektury.Projektowanie w pierwszym roku miałam w poniedziałki i czwartki, cały dzień, a technologię i historięwe wtorki, po 3 godziny.

Projektowanie składało się z 4 projektów na cały rok. W połowie roku oddawaliśmy portfolio, z projektami, które do tej pory przerobiliśmy i za to była ocena. Pod koniec roku, czyli 24 maja, oddawaliśmy całe portfolio do oceny. Nie było żadnych egzaminów w międzyczasie, tylko te dwie oceny, a właściwie nawet jedna.

Podobnie było z technologią i historią architektury. Żadnych egzaminów. Z technologii, cozajęcia, mieliśmy zadania, które później musieliśmy opisać w tzw. Techbooku. Takich Techbooków mieliśmy dwa. Na historii architektury były eseje (moja ulubiona rzecz!). Z esejem pomagał nam prowadzący na seminariach grupowych. Każdy z nas wybierał sobie temat, adekwatny do tego, co było na wykładach, a potem pisał go, posiłkując się wiedzą z książek. Należało szukać informacji w książkach, żadnego lania wody. W ciągu roku były 3 eseje. Dodatkowo co tydzień należało przerobićdane czytanie na seminaria.

POGODA

Oj, jak ja nie lubiłam Londynu i Anglii przez kilka miesięcy! Nadal nie wiem, czy moje zdanie o tym miejscu się zmieniło, bo po prostu je polubiłam, czy dlatego, że pogoda się poprawiła, a ja zamieszkałam w akademiku, w którym miałam spokój i mogłam uczyć się, kiedy chciałam, spać, kiedy chciałam i ogólnie, w końcu nikt nie narzucał mi swojej woli. Przekonam się o tym dopiero teraz, wpaździerniku.

Na mnie pogoda ma niestety duży wpływ! Od października do kwietnia było OKROPNIE!Nigdy tak grubo nie musiałam się ubierać. Dopiero wtedy doświadczyłam, co to znaczy londyński wiatr i deszcz! Wieje po kościach, aż dosłownie je zmraża! I taka zawinięta wchodzisz do gorącego metra, gdzie musisz odwijać się z warstw… a za chwilę znów się w nie zawijać. Przez 7 miesięcy, aż w końcu wychodzi PIERWSZE słońce (bo przez cały czas niebo jest po prostu białe, albo szarawe, zero chmurki czy promieni słońca). W połowie kwietnia robi się fajnie, maj czasem przynosi 30 stopniową gorączkę na maksymalnie 3 dni, a potem znów trzeba zakładać kurteczkę. Ewentualnie w czerwcu jest czasem fajnie. Niestety w lipcu, sierpniu i wrześniu jestem już w domu, więc nie potrafię wypowiedzieć się, jak prawdziwe, londyńskie lato wygląda.

ŻYCIE W ANGLII

Potem Londyn TROCHĘ pokochałam. Szczególnie moje rejony, jakimi było Tate Modern, St. Paul’s, The Shard i południowa strona rzeki. Ciepło mi się robi na sercu, kiedy teraz o tych miejscach pomyślę. Chyba naprawdę się przywiązałam. Pamiętam samotne spacery w krótkich spodniach ibluzce na naramkach. Delikatny wiatr i lekkie promienie słońca przebijające się przez londyńskie apartamentowce. I ten dreszczyk emocji, kiedy przypadkiem znalazłam jakieś fajne, nietypowe miejsce w Londynie, które nie jest wspomniane w żadnym przewodniku. Albo, jak stojąc przedciekawym budynkiem, obchodziłam go z każdej, możliwej strony, robiąc zdjęcia i dotykając, aukradkiem zaglądałam do środka, ponieważ wejście zarezerwowane było tylko dla elity, którą na to stać. Potem sprawdzałam architekta, i zazwyczaj był to ktoś pokroju Normana Fostera. Cudo, cudo,cudo. Moje, tak zwane, „perełki”. Nieraz zabłądziłam w samotnych podróżach, ale za każdym razem mnie Londyn zachwycał. Ranem wybierałam stację, gdzie chciałam wysiąść, a potem szłamgdziekolwiek.. I zawsze coś się działo! Zawsze coś znalazłam! W tej kwestii mogę ufać temu miastu. Zawsze coś w sobie skrywa, należy tylko wyjść z domu.

PAPIERKOLOGIA

Z tym musiałam radzić sobie sama, bo nikt nie znał na tyle dobrze angielskiego. W Polsce, zdokumentami pomagali mi rodzice, którzy już mają wprawę. W Anglii było inaczej i na pewno więcej. Do pracy potrzebowałam specjalny numer. Trzeba było zadzwonić, umówić się, iść na spotkanie. Zawsze wymagali ode mnie potwierdzenia zamieszkania, którego nikt nie chciał mi wystawić. Na szczęście w tym pomogła mi moja uczelnia. W 5 minut wystawili mi papierek potwierdzający moje zamieszkanie. Z kontem bankowym również męczyłam się miesiąc lub dwa, a to wiązało się z brakiem możliwości pójścia do pracy. W praktyce, w październiku dostałam pracę w szkole, a zaczęłam pracować dopiero w lutym lub marcu.

PRACA

Żeby pracować i studiować architekturę w tym samym czasie, należy się nieźle nagimnastykować. Jak już wspomniałam, ja musiałam być na uczelni codziennie, żeby z wszystkim

nadążyć. Na szczęście praca w szkole mnie uratowała. Pracuję jako Student Ambassador. Praca jestelastyczna – jeśli masz czas, akceptujesz ofertę. Pomimo iż dostajemy ok 10/11 funtów na godzinę, a w tygodniu zawsze jest jakaś oferta, nie sądzę aby tylko z tej pracy można było się utrzymać. W przyszłym roku, prawdopodobnie, dostanę drugą pracę „Success Coach”. Moim zadaniem będzie pomoc nowym studentom w nauce i ogólnym odnalezieniu się na uczelni.

Oczywiście w Londynie student znajdzie pracę łatwo, trzeba tylko chcieć i mieć trochę cierpliwości… i czasu.

NOWE MOŻLIWOŚCI

W październiku byłam tak podekscytowana moim nowym życiem, że chciałam robić na uczelni dosłownie wszystko. Zapisałam się do paru grup, teraz nawet nie pamiętam do jakich i po co.Wraz z tym trafiłam na trening cheerleadingu i już tak tam zostałam. Bycie w tym zespole to jedno z lepszych rzeczy, jakie mi się w Londynie przytrafiły. Poznałam świetne dziewczyny (i dwóch chłopaków), a przez to, że jestem częścią tej społeczności, znam (mam takie wrażenie) połowę studentów naszego uniwersytetu! Mamy wspólne imprezy, wychodzimy razem do pubu i ogólnie „na miasto”. Uprawianie tego sportu pozwoliło mi na odprężenie się po całym tygodniu stresu i pracy, a także dało mi wiele nowych wspomnień, jakim jest występowanie na Copper Box Arena (projekt biura Make Architects, które jednego dnia odwiedziliśmy w czasie seminariów :D) czy sesja zdjęciowaw Londynie.

Na kilka dni przed powrotem do Polski, w Londynie zaczął się festiwal architektury. Znów, sama, chodziłam po Londynie, szukając jego wystaw i tak trafiłam na miejsce przed St. Paul’s. Tego samego dnia opublikowałam zdjęcie na swoim Instagramie, tagując autorkę, panią architekt i tego samego dnia ona się do mnie odezwała! Później spotkałyśmy się na jej wystawie i miałam przyjemność z nią porozmawiać. Nadal jesteśmy w kontakcie… Dlatego „trochę pokochałam” Londyn. Zaskakująco łatwo jest nawiązać nietypowe znajomości.

Lub wejść za darmo do biura architektonicznego! Przydarzyło nam się to dwa razy zeznajomymi. Było bardzo miło, zobaczyliśmy jak architekci pracują. Razem z nimi rozmawialiśmy, jedliśmy i stukaliśmy się kieliszkami na dachu wieżowca. Niezapomniane chwile!

NIEZAPOMNIANE CHWILE!

Doceniam każdą z nich i codziennie dziękuję, że mam okazję być tu, gdzie jestem. Nie osiadam na laurach, marzę dalej i po prostu żyję, korzystając z tego, co mam. Na pewno nie byłoby mnie tu, gdzie jestem bez RA. Podkreślam to często, ale gdyby nie oni i ich wiedza, nie dostałabym sięna studiach. Ja miałam w sobie zapał i chęć, a oni poprowadzili mnie dalej i rozbudzili we mnie miłość do architektury. Poprosiłam o pomoc, a ona została mi dana bez problemów i kwestionowania moich umiejętności. Dołączyłam do grona RA pod koniec września 2016 roku, czyli wtedy, kiedy zaczęłam składać papiery do angielskich uczelni. Moim celem było portfolio. Wydawało mi się, że miałam tylkorok. Później rok skrócił się nieoczekiwanie do 3 tygodni. Termin oddania portfolio z końca marca zmienił się na koniec stycznia. Wtedy miałam już dużo rysunków, ale tylko niewielka część z nich nadawała się do oddania. Zespół i ja pracowaliśmy ciężko, ale udało się!

Żałowałam przez dłuższy czas, że nie znalazłam RA w 1 liceum, czyli wtedy, kiedy chciałam zacząć naukę. Niestety, poznałam wtedy osobę, panią architekt, która twierdziła, że „nie trzeba tak wcześnie”. Zaczęłam naukę w 2 liceum, ale nic się u niej nie nauczyłam. Stracony czas i pieniądze. Radykalne zmiany, na szczęście, zaszły w 3 liceum. Teraz niczego nie żałuję, bo po co? Wiem, mojeumiejętności rysunkowe byłyby na jeszcze wyższym poziomie, ale widocznie tak miało być. Jednak

stąd moja rada: ZACZYNAJCIE WCZEŚNIEJ! Na spokojnie i nie obijajcie się w pierwszym roku.Zaczynajcie z dużą motywacją, róbcie to, o co Was proszą, a pod koniec 3/4 roku będziecie ŚMIGAĆ NA EGZAMINACH albo (jeśli zdecydujecie się na zagranicę), wasze portfolio oszołomi angielskie osobyrekrutujące!

Mimo wielu negatywnych stron życia w Anglii, nie zamieniłabym tego, na nic innego. Otworzyły się przede mną ogromne drzwi z możliwościami, przez które bardzo chętnie przejdę dalej.Jeśli myślicie o wyjeździe, nie wahajcie się za długo. Zaryzykujcie, idźcie za głosem serca, PRACUJCIE CIĘŻKO, a co najważniejsze (i oklepane) WIERZCIE W SIEBIE. Naprawdę, to działa cuda!!!

Julia Władysiak