Artykuły

/

Rysować każdy może…

…Trochę lepiej lub gorzej. Tak możnaby sparafrazować piosenkę wykonywaną kiedyś na festiwalu w Opolu przez Jerzego Stuhra. To zawsze aktualne zdanie. Powiem więcej – dobrze rysować może nauczyć się każdy. Niekoniecznie po to, żeby zostać artystą.

Od zawsze edukacja plastyczna miał swoje ważne miejsce w całym systemie nauki. No może trochę inaczej było w epoce kamienia łupanego. Twórcy naskalnych malowideł w jaskiniach potrafili bardzo wiele. Umieli realistycznie pokazać swój świat, z użyciem koloru, z pokazaniem przestrzeni i to jeszcze w dynamicznym ruchu. Tworzyli profesjonalne dzieła sztuki, które i dzisiaj robią wielkie wrażenie. Ale niekoniecznie robili to dla przyjemności. Jest taka hipoteza, że pełnowartościowi mężczyźni w tamtych czasach polowali i walczyli z sąsiednimi plemionami, a rysowały i malowały osobniki wybrakowane, garbaci i kulawi. Malując sceny z polowań w jaskiniach i dziergając towarzyszom tatuaże na całym ciele, próbowali znaleźć swoje miejsce w społeczności. Widać, że sztuka już wtedy była ważna i można było umiejętnościami artystycznymi zapunktować w grupie.

Już starożytny filozof Arystoteles, wymieniając przedmioty, które powinien opanować idealny obywatel greckiego polis, wymienił na swojej krótkiej liście gramatykę, gimnastykę, muzykę i na koniec rysunki. Nie dla pożytku z tego ostatniego zajęcia, nie dla pieniędzy, ale dla kształtowania poczucia piękna. Jak to ładnie ujął „dla siebie, dla przyjaciół, dla piękna”. Stosowano się do tych wskazówek jeszcze wiele set lat później. Przykład zresztą szedł z góry. Parali się sztuką florenccy władcy Medyceusze, niemieccy cesarze i królowie Francji.

Uprawianie rysunku i malarstwa było obowiązkowym elementem edukacji osób szlachetnie urodzonych i zajęciem kultywowanym na co dzień. Owo artystyczne doskonalenie talentów dotyczyło i mężczyzn, i kobiet. Rozwijało to zajęcie intelekt i kształciło wyobraźnię. Wyrabiało zmysł obserwacji i syntetycznego myślenia, ostrzyło bystrość umysłu. W przypadku pań umiejętność tę wiązano z kształtowaniem poczucia piękna, potrzebnego w urządzaniu i prowadzeniu domu. W życiu dorosłym uprawianie sztuki oznaczało czynność elitarną, wynikającą z posiadania czasu wolnego. Tym jeszcze do niedawna dysponowała tylko szlachta. Inni musieli pracować na okrągło. Nie dla nich były artystyczne fanaberie. W miarę rozwoju cywilizacji zaczęło zabawiać się sztuką mieszczaństwo i zamożniejsi chłopi. Powoli stawało się to zajęciem dla każdego.

Pamiętacie jak Hrabia w „Panu Tadeuszu” „Dobył z kieszeni papier i ołówek, sprzęty, które zawsze miał z sobą, i na pień wygięty, rozpiąwszy kartkę, widać, że obraz malował”? Podśmiewał się Mickiewicz z arystokraty, nierozstającego się ze szkicownikiem, chociaż sam poeta rysował przy każdej okazji. Nieprzypadkowo takie rysunkowe notatki zachowały się po Norwidzie i po Kraszewskim.

Bo rysowali wszyscy. Oczywiście jako dyletanci, miłośnicy i amatorzy. Tylko że w tamtych czasach dyletant nie był określeniem pejoratywnym, a „amator sztuki” brzmiał dumnie. Byli to Amatorzy przez bardzo duże A. Znaczyło tyle co znawca, koneser prawie.

Uprawianie rysunku nie było zajęciem specjalnie kosztownym, choć papier nie był tak tani jak dzisiaj. Jeszcze przed grafitowymi ołówkami w drewnianych obsadkach do rysowania powszechnie używano miękkich metalowych sztyftów. Polskie słowo „ołówek” to pamiątka po pręciku ołowianym, który zostawiał ślad podobny do dzisiejszego ołówka 5B. Był też „srebrzyk”, czyli sztyft odlany ze srebra. Nie było problemu z wymazywaniem. Do tego służył ugnieciony chlebowy miąższ.

W XIX wieku pojawiły się masowo, fabrycznie produkowane materiały do rysowania. Upowszechniły się szkicowniki i pierwsze ołówki automatyczne z wysuwanym grafitem. Trochę gorzej było z malowaniem. Do końca XVIII wieku malarze sami ucierali farby. Problematyczne było też ich przechowywanie. Dopiero upowszechnienie się farb akwarelowych, a nieco później wynalazek tubki, pozwoliło malować prawie każdemu. Zwłaszcza że drukowano liczne poradniki dla amatorów tego zajęcia. Pierwszy taki podręcznik w języku polskim autorstwa Gundysława Eymontta ukazał się w 1802 roku i nosił dumną nazwę „Nauka początkowa reguł proporcyi znacznieyszych z rozmaitemi sposobami rysunek ułatwiaiącemi”. Oczywiście, „ku pożytkowi młodzi narodowey”.

Osoby zamożne łączyły swoją działalność artystyczną z zamiłowaniem do podróżowania. Nie na próżno wyżej wymieniony Hrabia z „Pana Tadeusza” wyliczał: „Co się tyczy malarstwa: do obrazu trzeba punktów widzenia, grupy, ansamblu i nieba, nieba włoskiego! Stąd też w kunszcie pejzażów, Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów”

Jeździli więc Polacy po Europie i rysowali, i malowali pamiątki z podróży. Tak jak dzisiaj cyka się fotki smartfonami, tyle że z większym nakładem czasu i intelektu. Szlachetnie urodzeni kawaler i panna wracali z „grand tours” z grubymi albumami swoich prac. Kopiowano też z upodobaniem grafiki i obrazy dawnych mistrzów. Z wielką przyjemnością rysowano też i malowano portrety czy karykatury.

Rezultaty tych amatorskich działań były bardzo różne. Czasem kończyło się na małych rysuneczkach, umieszczanych w listach i pamiętnikach. Bywało, że ziemianie urządzali w swoich dworach i pałacach profesjonalne pracownie artystyczne i spędzali tam każdą wolną chwilę. Tworzyli głównie dla siebie, obdarowywali rodzinę, z rzadka dawali się namówić na urządzenie wystawy, w celu charytatywnym na przykład. Tylko w wyjątkowych wypadkach ich dzieła przekraczały granicę amatorstwa. Ale zdarzały się takie cuda jak sztuka Piotra Michałowskiego, odkryta i zaliczona w poczet arcydzieł wiele lat po śmierci autora.

W dawnych czasach doceniano wartość sztuki – zarówno jako niezbędnego elementu edukacji człowieka oświeconego, jak i towarzyszki dnia codziennego. To dzisiaj, w kraju, w którym usuwa się lekcje sztuki ze szkół, zupełna abstrakcja. Warto w naszej historii szukać  dobrych wzorów. By wyjść poza pstrykanie selfie i rysowanie ciastek na talerzyku. Dla większej przyjemności, satysfakcji i rozwoju intelektualnego. W nowoczesnym świecie mediów posługujących się coraz częściej obrazem będzie jak znalazł.

Wojciech Hildebrandt
mgr inż. architekt | absolwent Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej